GRZEGORZ

2010-02-24 17:25

 Było to jakieś dwadzieścia z nawiązką lat temu, kiedy to chrzestny mojej córki postanowił zostać wędkarzem. Stało się to dosłownie z marszu i pewnie do momentu pewnego zdarzenia, nawet w snach nie nawiedzały go takie pomysły, a samo wędkarstwo uważał za nudziarstwo i zwykłą stratę czasu. Był znacznie młodszy ode mnie i czas wolał spędzać z kolegami na imprezach tanecznych, gdzie w charakterze tancerek najczęściej występowały różniaste butelki po zagranicznych trunkach. Wodę traktował jako coś co pija się na kaca, lub specyfik wypełniający wannę w trakcie kąpieli, przed kolejną imprezą.
 

 

 

Wszystko zmienił się nagle, jak często w życiu bywa przez przypadek, jak i pewnego znajomego, który był również ojcem mojego młodego kolegi.
 

 

 

Nie muszę starszym kolegą przypominać jak wyglądały w tamtych czasach nasze sklepy wędkarskie, jednak młodym adeptom wędkarstwa powiem tylko tyle że żeby mieć dobry sprzęt, to trzeba było mięć poszerzony horyzont, szczególnie o znajomych wyjeżdżających za granicę. Tak się właśnie złożyło że tata koleżki był oficerem na statku handlowym i czasami w miarę moich możliwości finansowych zwoził mi jakieś cacka cieszące moją duszę, a niedostępne w naszym klimacie. Właśnie ów oficer, zresztą wspaniały facet, z któregoś rejsu, bodajże ze Stanów przywiózł mi piękny, nowiutki spinning "Itelkana" był niebieściutki, porcelanowe przelotki wykańczane srebrnym splotem, rękojeść z korka, ogólnie pełen szpan, Ameryka...

 

Ten właśnie spinning przywiózł mi osobiście do domu Grzesiu, przyszły wędkarz. Zawsze w podobnych sprawach byłem napaleńcem, więc po krótkim masz czas? wszystko potoczyło się już błyskawicznie. Wygrzebałem najlepszy kołowrotek, w torbie było już pudełko z przeróżnymi, najczęściej własnej roboty blaszkami, po drodze oczywiście zahaczyliśmy o monopolowy, bo przecież okazja była nie byle jaka, nowa zabawka, a przecież i kolega nie wzbraniał się uczestniczyć w polowaniu na krajowe ryby, wędką przywiezioną zza oceanu.
 

 

 

Po jakiejś niespełna godzinie staliśmy już na kładce, ja szperałem w torbie ze sprzętem a Grzesiu trzymał majestatycznie nowiutki spinning. Za czym powyjmowałem zabawki, z flaszką na czele, usłyszałem tylko żałośnie brzmiące "o Jezu", kątem oka zobaczyłem jak jakiś przedmiot ląduje kilkanaście metrów od kładki i z delikatnym pluśnięciem znika pod wodą, obróciłem się gwałtownie w stronę kolegi i poza jaką zobaczyłem sparaliżowała mnie całego, wstrzymałem oddech i byłem bliski płaczu. Oczy moje nieruchomo patrzyły na skuloną postać, trzymającą w obu rękach dolną część spinningu, a błagalny wzrok miała skierowany właśnie w to miejsce, w którym niedawno coś bezgłośnie przecięło taflę wody. W mig zrozumiałem co się stało, kolega złożył spinning i wykonał próbny rzut, lecz tylko czubek miał ochotę latać, jednak ta świadomość zdruzgotała mnie do reszty i myślę że to dobrze że przez dłuższą chwile nie mogłem wykonać ruch, może dlatego moja córka ma nadal chrzestnego.
 

 

 

W tej chwili już nie pamiętam kto z nas pierwszy odzyskał sprawność ruchową, jednak wszystko wskazuje na to że Grzesiu, ponieważ w momencie kiedy ja częściowo odzyskałem możliwość wykonywania jakichkolwiek ruchów, kolega już od jakiegoś czasu klęczał obok krzaków ze złożonymi do modlitwy rękoma. Pewnie padło mnóstwo niecenzuralnych słów, może i jakieś groźby karalne, nie wiem, jednak musiało coś być na rzeczy, bo całą drogę powrotną do domu, koleś szedł dobre pięć metrów za mną, cały czas przepraszając i solennie obiecując że uprosi tatę żeby z następnego rejsu przywiózł drugi i jeszcze coś extra. Od tamtego zdarzenia nasze drogi, a zarazem stosunki koleżeńskie trochę się rozmijały, on się potwornie wstydził, a może i troszkę bał, ja natomiast nie mogłem sobie podarować tego że dałem mu do niesienia zamiast ciężkiej torby, wymarzoną wędkę.
 

 

 

Minęło jakieś pół roku, odbieram telefon w warsztacie i słyszę podekscytowany głoś Grzesia, jakby już pewniejszy siebie, pewnie po takim czasie miał prawo liczyć na to że już mu wybaczyłem. W jego głosie padło jakoś dziwnie brzmiące pytanie: "Jurek czy nauczysz mnie łowić ryby?" W pierwszej chwili wstąpiła we mnie taka wściekłość że gdybym mógł go wyciągnąć ze słuchawki, to pewnie dostałby niezłe bęcki, jednak chyba się zorientował, postanowił nie przeciągać struny i jednym tchem wywalił całą wesołą nowinę. Brzmiała ona mniej więcej tak: "mam to co Ci utopiłem, mam gratis i jeszcze zostanie coś dla mnie na podjęcie nauki, o ile nie będzie zbyt bolesna" pewnie dalej się mnie obawiał. Nie powiem że buźka moja nie zawinęła rogala, nagle praca przestała mnie jakoś interesować, a że do spotkania z kolegą miałem jeszcze trzy godziny, to postanowiłem wziąć szybki prysznic i skoczyć do sklepu po jakieś ugodowe co nieco, licząc oczywiście że kolega wpadnie na identyczny pomysł.

 

Długie to było oczekiwanie, myślę że nawet na obiecujące randki nie czekałem z takim utęsknieniem, aż w końcu zadzwonił domofon, po chwili pukanie do drzwi i po ich uchyleniu zobaczyłem dość spory, przypominający gruby rulon pakunek za którym stał z roześmianą buźką Grzesiu, trzymając w drugiej ręce butle ginu. Po błyskawicznym rozpakowaniu moim oczom ukazały się dwa świecące nowością, identyczne spinningi, była żyłka i pudełeczko z tak kolorowymi blaszkami że aż miło. Już w trakcie rozpakowywania kolega nadmienił że jeden jest mój, wraz z żyłką i pudełkiem blaszek w ramach przeprosin i że oczywiście nic mnie to nie kosztuje, na dodatek przeprosił że musiałem tak długo czekać, pewnie nie zdawał sobie sprawy że ja już dawno zapomniałem o jego obietnicach, tym bardziej że miały one miejsce w drodze powrotnej, owego feralnego dnia i już nigdy z jego ust ich nie słyszałem.
 

 

 

Nadszedł czas na zajęcia kulturalne, zadzwoniło szkło i nie było to zwyczajne picie, każdy z nas trzymał w jednej garści swój spinning, jak dziecko swojego pierwszego lizaka a w przerwach kiedy na krótko odstawialiśmy kieliszki, wyrywaliśmy sobie z rąk kolorowe wahadłówki, zamiast zająć się stojącą na stole nawet porządną zakąską. Noc spędziliśmy w fotelach, nawet na chwile nie odkładając wędek, mając już gotowy plan i niecierpliwie oczekując poranka. Nie ważne że nieprzespana, nie ważne że nad ranem jeszcze nie do końca wprawnie posługiwaliśmy się polszczyzna i szwankował błędnik, ważna była próba i już teraz nie martwiłem się o swoją zabawkę, bo to Grzesiu dźwigał ciężką torbę...
 

 

 

Nad wodą byliśmy o świcie i dzień zaczęliśmy raczej nietypowo, bo od stawiającego na nogi klina, choć tak naprawdę to to klinowanie trwało prawie całą noc, więc ten głębszy nad wodą na dzień dobry był tylko przedłużeniem nocnej uciechy. Pierwszą wędkę uzbroiłem uczniowi, tłumacząc jak ma trzymać żyłkę, kiedy puścić itd, po czym zakładając kołowrotek na swoją, obserwowałem co też wyczynia w pierwszym prawdziwym rzucie koleżka, którego miałem nauczyć wędkarstwa.

 

Wziął wielki zamach i z całej siły rzucił blachą do przodu, przynajmniej tak chciał, jednak fizyka rządzi się swoimi prawami i blacha poleciała w brew zamysłowi, równolegle wzdłuż brzegu lądując kilkanaście metrów od pomostku, ale za to zaledwie pół metra od brzegu. Nawet się nie zaśmiałem, powiedziałem najspokojniej jak potrafiłem, zwijaj szybko bo będziesz miał zaczep i wróciłem do uzbrajania swojego zestawu. Trwało to może z minetę kiedy Grzesiu wrzasnął wniebogłosy, coś co raczej nie było słowem, raczej brzmiało jak głos zachwytu pomieszany ze strachem, odwróciłem głowę i zobaczyłem że czubek jego spinningu w nienaturalny sposób pulsuje, zupełnie tak samo jak przy holu ryby. Podskoczyłem do niego jak oparzony i moim oczom ukazał się chlapiący, robiący nad wodą młynki dość spory szczupak.

 

Szczena mi opadła i już miałem koledze pomóc, jednak naszła mnie dziwaczna myśl "a może mu się urwie"? zaoszczędził by mi obciachu, jednak gdzie tam, ten koleś potraktował tego szczupaka jak wieśniak uwiązaną za nogę świnie, ciągniętą na targ. Zaparł barkiem wędkę i najzwyczajniej w świecie zszedł z mostku a ogłupiały z wrażenia szczupak jak na komendę prawie sam wyskoczył na trawę i tam dopiero wypluł blachę. Nie potrafię powiedzieć czy ogarnęła go radość, a mnie wściekłość, czy może to ja się śmiałem a on płakał ze szczęścia, potoczyło się wszystko za szybko i zanim się otrząsnąłem, Grzesiu gnał już przed siebie, z szarpiącym mu się w rękach szczupakiem, jak się później okazało do mieszkającej niedaleko babci, oczywiście zostawiając na brzegu mnie i swój fartowny spinning.
 

 

 

Wrócił po jakiś dwóch godzinach z tak szczęśliwą miną że trudno to opisać, w ręku dzierżył dużą butlę babcinej nalewki, za którą przehandlował szczupaka, który jakimś dziwnym sposobem na babcinej wadze przytyło dwa kilo, jednak szczerze na oko miał spokojnie ponad dwójkę. Nie wiem dlaczego rozmowa przynajmniej z mojej strony się nie kleiła, jednak uczeń był tak szczęśliwy i rozgadany, że pewnie tego nie zauważył, a może po prostu nie chciał już kopać leżącego... Machaliśmy jeszcze do południa, fakt że też zaliczyłem małego zębatego i nawet ładnego okonia, jednak to nie zmienia faktu że dostałem bęcki od nowicjusza, na pierwszej lekcji.
 

 

 

Po tym zdarzeniu Grześ ulokował dużo kasy w sprzęcie i właściwie przez długie lata to on był motorem wielu naszych wspólnych wypraw, które tak jak to w życiu bywały i śmieszne i poważne, szczęśliwe i niefartowne, jednak jedno muszę przyznać. Ten facet pewnie urodził się wędkarzem, towarzyszyło mu zawsze wielkie szczęście i z czasem stwierdził że tam nad wodą, właśnie łowiąc swojego pierwszego szczupaka, narodził się na nowo i jest mi za to bardzo wdzięczny do dzisiaj.
 

 

 

Poszedł w ślady swojego ojca i też zaczął pływać na statkach jako kucharz, z któregoś rejsu nie wrócił a ja do dziś mu wypominam że został tam gdzie można kupować sprzęt, który sam łapie ryby, jednak jesteśmy w kontakcie i wiem że amerykańskie ryby też go polubiły!!!

 

      --------jurcys (Jurek Borus)
 

Tematy do dyskusji: GRZEGORZ

Data: 2013-10-25

Dodał: gosgoxzp

Tytuł: Cheap Lululemon80656


Wyszukiwanie

Kontakty

Jurek Borus

           

nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką
Pogoda Szczecin z serwisu
www.wedkarstwotv.pl
tekst alternatywny


       

nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką
nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką
nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką