JEDNA Z WYPRAW

2010-11-04 15:56

 

 

 

 

Jest kolejny wtorek, wyjątkowo w tym roku kapryśnego listopada. Pogoda już od dawna nas nie rozpieszcza i trudno raczej marzyć o jakiś dłuższych nasiadówkach. Cóż można by powiedzieć że za wcześnie zagościła u nas zima. Słońca jak na lekarstwo, częste deszcze i ten przenikający wszystko silny wiatr. Jednak czym są anomalia pogodowe na przeciw żądzy wędkowania. Jakich warunków się nie wytrzyma, chcąc przeżyć kolejną niezapomnianą przygodę. Decyzja o naszej kolejnej, wspólnej wyprawie zapadła już wcześniej i nic nie mogło zmienić tych planów.

 

 




2 listopada, godzina 9,30 ląduje na łowisku i jestem pierwszy z naszej dwójki. Kolega pracuje i dlatego to mi zawsze przypada obowiązek rezerwacji miejsc. Są to przeważnie te same stanowiska, jednak już nie jednokrotnie sprawdzone i gwarantujące wcale nie małe sukcesy. Nabrzeże dzisiaj jest wyjątkowo puste, jak na to łowisko. Pewnie ludziska się jeszcze nie szczepili i oszczędzają zdrowie. Fakt że dmucha strasznie, temperatura w granicach 5 stopni i nad głową czarne, ciężkie chmury. Warunki nie za ciekawe, jednak nie jednokrotnie przy takiej pogodzie ryby potrafiły rozgrzać nie jednego odważnego wędkarza. Ja też na to liczę, przecież powoli zaczyna w kanale żerować duża, zalewowa płoć i trafiają się jeszcze sporych rozmiarów leszcze. To z kolei znaczy że w pobliżu krąży gromadzący na zimę zapasy sandacz. Łowisko w tym miejscu obfituje w różnego rodzaju zakamarki z głębokimi dołami. Położone jest tuż za zakrętem rzeki, dlatego nurt nieznacznie zwalnia i można używać o wiele lżejszych główek. Już wiele lat wędkuje na tym łowisku, ścigając sandacze i ze smutkiem muszę wyznać że nie potrafię nauczyć się czytania tej wody. Ryby są tu jakieś dziwne i nieprzewidywalne. Nie tak jak na innych odcinkach rzeki, gdzie wystarczy znać miejscówki i rzucać do bólu. To łowisko jest jak ośrodek przejściowy dla emigrantów i jeżeli się trafi na wycieczkę to można się nazacinać dowolni. Tak jakby sandacze przypływały tu na gościnne występy, a po jedno lub dwu dniowym występie po prostu odpływają. Właśnie z tego powodu miejsce to odwiedzamy dość często, żeby trafić na nowy napływ emigrantów..

 

 



Mam za każdym razem nadzieje że to właśnie dzisiaj i szczerze mówiąc dość często się zdarza że z kilkoma się przywitam. Fakt że najczęściej mam tu do czynienia z mętnookimi, którym na ich szczęście brakuje kilku centymetrów do wymiaru. Dlatego właśnie zdjęć przybywa a moja Pani podejrzewa mnie nawet o to że celowo nie łowie tych większych, żebym mógł wypuszczać. Właściwie to sam nie wiem jaka jest prawda, jednak nie muszę się nad tym szczególnie zastanawiać. Poprzeczkę ustawiłem na 55 cm i same sandacze dbają o to żebym rzadko ją przekraczał, a może po prostu w tej okolicy większe nie rosną... 

 

 

 

 

Parę minut po 10 tej meldują się Mariusz i nasza drużyna jest już w komplecie. Szybka wymiana zdań z jednoczesnym rozkładaniem sprzętu, kopytka lądują w wodzie i zaczyna się kolejny taniec na linie. Mija pierwsza godzina biczowania wody, bez specjalnych efektów. Dwa marne podbicia i to zmarnowane, jednak widujemy się średnio raz na tydzień, więc jest o czym pogadać. Buzie nam się nie zamykają i tak czasem zastanawiam się czy wpadliśmy w rutynę w łowieniu, czy w gadaniu. Spoko wszystko pod kontrolą. Pamiętamy ostatni rzut, miejsce w którym nastąpiło podbicie, a nawet mamy czas podziwiać młode łabędzie, które wielkością dorównują już rodzicom i niezliczone stada kaczek. Są tak zaprzyjaźnione że często wychodzą na brzeg, siadają kilkanaście centymetrów od nogi i klepią przez pół godziny coś w swoim języku. Czasami próbujemy z nimi porozmawiać, jednak najbardziej rozumieją nasz język w momencie kiedy sięgamy do plecaków po jakieś smakołyki. Kiedyś to były dzikie stworzenia, dzisiaj nawet nie chce się im ruszyć kiedy próbujemy przejść między nimi, jeszcze coś tam kwaczą oburzone... 

 

 

 

 

Po kolejnej godzinie zaczynamy się zastanawiać czy w naszych pudłach nie brakuje jakiegoś koloru gum, cieszących się właśnie dzisiaj szczególnym zainteresowaniem. Nie przyniosła efektów zmiana na większe gumy, mieszanie technik i powoli zaczynamy wątpić w towarzystwo pływające bezproduktywnie w wodzie. Czyżby to nie był ten dzień, nie ta pora, może sandacze są już po obfitym posiłku i maja gdzieś nasze kolorowe gumki. To są właśnie pierwsze zwątpienia, jednak nauczyliśmy się na wzajem podnosić na duchu i nie dopuszczamy do zbyt szybkiego poddania. Często tak bywa że po kilku godzinach czesania wody, kiedy jesteśmy już całkiem zdegustowani współpracą sandaczy umawiamy się na kilka rzutów prawdy. Jest to coś w rodzaju gestu rozpaczy, jednak o dziwo czasami tak bywa że po kolejnym, ostatnim rzucie następuje wymarzone pstryknięcie i zacięty w tępo rozbójnik, po chwili pozuje do zdjęcia. Później zapominamy o tym że to miały być ostatnie rzuty i cały cyrk zaczyna się od nowa. Ma to sens, ponieważ zdarza się często że po kilku beznadziejnych godzinach. Kiedy ręka już mdleje od setek rzutów, zakończonych niepowodzeniem. Przychodzi kwadrans, czy pół godziny szczęścia, w których zapominamy o zmęczeniu, trafiamy na okres żerowania i uczestniczymy w niepowtarzalnej zabawie. 
 

 

Tak było i dzisiaj...

 

 


 

 

Pierwszy sandacz, co prawda znów nie wymiarowy zbombardował gumę Mariusza. Miał w granicach 40 cm i po króciutkiej walce uśmiechał się do zdjęcia, po czym z pluskiem zniknął w wodzie. Czasami się zastanawiam czy sandacze lubią jazdę bez biletu i po jakim czasie są gotowe do następnego razu. Pewnie nigdy się tego nie dowiem, chyba że zacznę je znakować. Co by nie mówić to bywa tak że człowiek ma wrażenie że w kilkanaście minut złowił dwa lub trzy razy tego samego. Co tam ważne żeby zabawa trwała. Trafił się Mariuszowi nawet mały szczupaczek.

 

 


 

 

Po kolejnych dziesięciu minutach przegrywałem już 3x0, choć nadal bez wymiaru. Nie żebym był pazerny na ryby, czy jakoś wyjątkowo zazdrosny, ale pomyślałem że to obciach przegrywać z kolegą, który pokochał sandaczowy spinning i praktycznie pierwszy sezon ugania się za mętnookim. A powiadają że często uczeń jest lepszy od swojego nauczyciela, ale żeby tak szybko...

 

 

 

 

Każdy ma w swoim zanadrzu jakąś tajemną broń i zostawia ją na właśnie takie sytuacje. Zdarzenia w których należy ratować honor. W moim przypadku jest to stara już dobrze pogryziona, żółto-czerwona guma, kopytko 5 cm. Zakładam ją w sytuacjach podbramkowych, kiedy już cała paleta barw zawodzi i często ratuje sprawę. Jest tak okropnie pogryziona że po każdym skręceniu trzeba ją poprawiać, jednak postawiony pod ścianą postanowiłem że to właśnie ona popieści moje ego. Nie zawiodła i tym razem. Pierwszy rzut zakończył się spięciem ryby, ale zawsze kilka metrów frajdy podczas holowania było. Za trzecim rzutem zmieniłem wynik na 3x1 a po dwudziestu minutach było już 4x3 dla kolegi. Zaczęliśmy się śmiać z tego że jeden niewymiarek bierze nam na przemian. Nawet przez moment pomyśleliśmy żeby go zaznaczyć markerem, ale woleliśmy wierzyć że trafiliśmy na niezłe stadko.

 

 

 

 
 

Dość maluchów, postanawiamy zmienić miejsce i poszukać sandacza o słusznych wymiarach. Chociaż królestwo temu kto by potrafił nam powiedzieć gdzie takiego można spotkać. Tak naprawdę to bez porozumienia kierowaliśmy się powoli w kierunku samochodu i pewnie oboje już mieliśmy dość walki z maluchami. Komu się nie marzy sandacz w granicach piątki, a tu wychodzi na to że te wszystkie złowione przez nas razem, tyle ważyły. Nie narzekam i Mariusz też ogólnie jest zadowolony, z miną zwycięzcy obrzucał metr po metrze łowisko. 

 

 

Choć jeszcze nie nauczyłem się czytać cudzych myśli, dałbym prawie głowę że myślał podobnie jak ja "gdzie się ukrywasz wielki rozbójniku"? i niestety nikt nie udzielał odpowiedzi...jednak może następnym razem?
 

 

Jedna z wielu naszych przygód i powiem wam co jest w tym najfajniejsze : - niczym nie zmącona pewność że to nie ostatnia wspólna wyprawa. Że jutro, pojutrze, a może za tydzień, ale na pewno tu wrócimy i kto wie czy nie będzie na nas czekał ten wymarzony, pięciokilowy rozbójnik ...

 

 

           jurcys (Jurek Borus)




 

Tematy do dyskusji: SANDACZOWE PRZEDSZKOLE

Nie znaleziono żadnych komentarzy.

Wyszukiwanie

Kontakty

Jurek Borus

           

nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką
Pogoda Szczecin z serwisu
www.wedkarstwotv.pl
tekst alternatywny


       

nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką
nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką
nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką