MÓJ KOLEGA SUM

2010-02-24 17:16

 

Był piękny, ciepły wrześniowy poranek, rozgrzane powietrze łagodził leciutki zefirek, nabrzeże wypełnione do ostatniego miejsca amatorami jesiennych, olbrzymich leszczy, ogólnie zapowiadał się kolejny wspaniały dzień nad Cegielinką. Oj barwne to było towarzystwo, jednak wśród wielu znajomych i nieznajomych górowała jedna postać, a górowała raczej  nie efektami, o których trochę później, lecz walecznością i nigdy nie zamykającą się buzią. Był to bardzo miły jegomość, którego fascynowało łowienie leszczy, choć tak naprawdę nie maił zbyt wielkiego do nich szczęścia, bo mimo częstych brań, raczej rzadko coś zacinał i nie koniecznie wiązało się to z jego refleksem.
 

 

Miał trochę dziwaczne podejście do wędkowania, ponieważ był wierny zasadzi zasadzie, jedna wędka na każdą rybę i pewnie dlatego na marnym kiju miał założony otrzymany pewnie w spadku po przodkach kołowrotek, na którym była nawinięta plecionka, o kurcze nawet nie wiedziałem że takie grube sznurki produkują. Co do ołowiu, tu raczej nie popełniał błędu, używał coś w przedziale 50-100g to jak na tą wodę norma, jednak za ołowiem wisiał przypon, który był kolejnym mistrzostwem. Był z plecionki i to znacznie grubszej niż plecionka główna, ponieważ koleżka uważał że jest to przy połowie leszczy, krąpi i strasznych rozpiór, najbardziej zagrożony odcinek zestawu i pewnie dlatego ten zagrożony odcinek na końcu uzbrajał w hak wielkości nieznacznie odbiegający od tego, który w swoim zestawie ma mała suwnica. 
 

 

Wesoły kolega miał jeszcze jedną niedocenianą, szczególnie przez sąsiadów zaletę, według jego teorii zarzucać wędkę powinno się z prądem, bo i tak zniesie, a że towarzystwo siedziało w tamtym okresie prawie kij przy kiju, to w końcowym efekcie nikomu nie dane było się nudzić, a wesołek zawsze po kolejnym bardzo energicznym zacięciu, doholowywał zamiast ryby, przynajmniej cztery koszyczki, sąsiadów zajmujących miejsca po jego prawicy. Można by rzec że uczynność kolegi miała służyć celem uzupełnienia wypłukanych z zanęty koszyczków, jednak z zasady nikt nie chciała takiej pomocy, a już na pewno się z niej nie cieszył. 

 

 

Osobiście lubiłem z nim wędkować, był przekomicznym wesołkiem, na dodatek super pechowcem i nigdy nie pozwalał się nudzić, jednak za wszelką cenę starałem się zajmować mniej zaszczytne miejsce po jego lewicy, a w momencie kiedy mu się pomyliło i zarzucił pod prąd, tak jak to czynili wszyscy, żeby po opadnięciu ciężarka mieć zestaw, jak najbardziej na wprost swojego stanowiska, to i tak robił to za energicznie i sytuacja była w końcu identyczna, tylko dotyczyła tych siedzących po lewej. W stosunku do mnie zdarzało mu się wypowiedzieć nie kiedy magiczne "o kurcze soreczki" i pośpiesznie zwinąć dopiero co zarzuconą wędkę i czynność tą powtarzał wielokrotnie, a przy tym bacznie obserwował  moje miny i w momencie kiedy stwierdził że przybrałem odpowiednią, z jego piersi wydobyło się podsycane zadowoleniem ze swoich umiejętności, cichutkie "o tak masz latać, głupia " Często próbowałem mu delikatnie, a może to wcale nie było delikatnie dać do zrozumienia że na taki zestaw to może popróbować szczęścia z sumem, lub z innym stworem posiadającym zbliżony rozstaw paszczy jednak nic sobie nie robił z moich drwin i twardo z tą samą zaciekłością zacinał każde najmniejsze nawet drgnięcie grubego jak palec czubka. Był na dodatek szybko myślicielem, bo po kolejnej mojej docince o sumach, kolega zapadł w prawie godzinną zadumę, w tym czasie nie ekscytowały go brania, nie zwracał uwagi na wyciągane dość często przez sąsiadów leszcze, myślał...
 

 

Po jakiejś godzinie nagle zerwał się z fotela, podszedł do mnie energicznie jakby chciał mi przywalić za moje może mało dla niego śmieszne żarty, jedna nie, wziął mnie pod mankiet, odeszliśmy trzy metry na bok i z największą powagą zapytał "Juras! na co biorą te cholerne sumy?" W pierwszej chwili zaniemówiłem, jednak jego poważna mina nie pozostawiała żadnych wątpliwości że zadane przez siebie pytanie było jak najbardziej poważne i oczekiwało fachowej, lecz przede wszystkim niezwłocznej odpowiedzi. Nie zwlekając, prawie jednym tchem wymieniłem wszystkie, jakie w danej chwili przyszły mi do głowy,  a wśród nich pojawiła się również wątróbka, do dziś zastanawiam się dlaczego koledze akurat ta przynęta wydała się najbardziej trafna, może wypowiedziałem ją dźwięczniej, a może kojarzyła mu się z jego ulubioną potrawą, nieważne, rzucił tylko- popilnuj wędek, wskoczył do samochodu i tyle było go widać. Wróciłem do wędkowania i rozważań na temat, gdzie go poniosło i wszystkie moje wywody kończyły się na jedzeniu, ewentualnie zimnym piwie.

 

Minęło jakieś pól godziny i otrzymałem odpowiedz. Usłyszałem głośne, zresztą w jego stylu trzaśnięcie drzwi od samochodu, a odwróciwszy się dostrzegłem wesołą, zziajaną postać kolegi, w jego ręku dostrzegłem dyndającą reklamówkę i pomyślałem, a jednak zgłodniał. Usiadł na swoim foteliku, spojrzał na mnie z miną zwycięscy i urywanym głosem wyszeptał "no teraz zobaczymy" Pomyślałem co on tak sapie, przecież jechał samochodem, a od miejsca w którym go zostawił do wody miał około dziesięciu metrów. Jednak nic się nie odzywałem, trochę sobie z niego pożartowałem, ale nie należę do tych, którzy przeciągają strunę i wolałem o powód zadyszki nie pytać. Koleżka pośpiesznie zwinął wędkę, odciął koszyk , w to  miejsce założył ogromny ołów, przywiązał przypon z jeszcze większym hakiem, rozwinął przytaskaną reklamówkę i tu zrozumiałem wszystko, jego pośpiech, zadyszkę i zadawane wcześniej pytania. Przed nim leżała reklamówka, w której znajdowało się około pół kilograma świeżutkiej, ociekającej krwią drobiowej wątróbki, wszystko stało się nagle jasne, kolega trawiąc przez godzinę moje słowa, przetłumaczył sobie je tak że jeżeli nie może zaciąć leszcza, a jedynym problemem w upolowaniu suma jest posiadanie wątróbki więc najspokojniej w świecie pojechał ją zakupić i teraz już wszystko z górki.

 

 

 

 

 

 

 

Nadziewając na hak kawałki wątróbki, rzucał co jakiś czas na mnie przepełnione zwycięstwem spojrzenie, czekał aż powiem dość, a że się nie odzywałem to zniecierpliwiony sam zamamrotał "więcej się nie zmieści", choć nadział ją tak jak robaka i w gruncie rzeczy nie był to zbyt obfity kąsek. Kiwnąłem tylko głową na znak że się zgadza, kolega to przyjął jako potwierdzenie dobrze przygotowanej na suma dawki i z potężnym impetem walnął zestaw do wody, starając się przy tym zarzucić dalej niż wszyscy pozostali wędkarze, gdyż jak po chwili oświadczył : "płotki biorą przy brzegu, leszcze na środku, a olbrzymy najdalej, gdzie nikt nie zakłóca im spokoju" Było coś tak przekonywującego w jego poważnym głosie że nawet na myśl nie przyszło mi rozwijać tej  myśli, a co dopiero podważać jej prawdziwości, choć bardzo trudno było mi zachować powagę, obserwując wszystkie działania kolegi suma, dostojeństo z jakim namaszczał każdy kolejny ruch zakrwawionymi rękoma wskazywało raczej na odprawianie jakiś egzorcyzmów ......niż na zwykłe nakłuwanie padliny. Nie sposób opisać wszystkiego co się z nim i w nim działo, nie sposób było powstrzymać śmiechu, tym bardziej że wędkarze siedzący w najbliższym sąsiedztwie zorientowali się w sytuacji i już każdy na swój sposób przewidywał nadchodzący kataklizm i z wykrzywionymi od powstrzymywania śmiechu twarzami bacznie obserwowali pochyloną w skamieniałej pozie postać kolegi suma. 
 

 

Mijały długie minuty a nieruchoma postać, zagłębiona w fotelu nie dawała znaku życia, trwała w swojej dziwacznej pozie jakby czekała na strzał startera, który ma uruchomić szybki sprint ku nowej, ale przede wszystkim powalającej kibicujących wędkarzy na kolana przygodzie z wielką rybą. Powoli wszyscy zapominaliśmy o nieruchomym towarzyszu i czekających nas emocjach, każdy zajęty, wcale nie rzadkimi braniami żerujących leszczy i wszystko toczyłoby się spokojnym torem, no właśnie jednak spokój dzisiejszego dnia nie był nam pisany. Z naszego uśpienia obudził nas kolega sum, a uczynił to jak pośpieszny pociąg przejeżdżający tuż obok wrażliwego ucha. Kolega sum zerwał się na równe nogi, w tym samym momencie z całej siły zacinając wędkę, a z jego gardła wydobył się okropny krzyk: jeeessst", był tak głośny że wszyscy stanęli na baczność, co ułatwiło im zaobserwowanie tragikomicznej sytuacji, która nad wodą zdarza się za rzadko. W momencie, kiedy jeszcze krzyk nie skończył się wydobywać z gardła, wszyscy usłyszeli trzask i dopiero po chwili zorientowaliśmy się że kolega dzierży w ręku kawałek swojego kija, reszta wraz z zerwaną podczas zacięcia plecionką najspokojniej w świecie odpływała z pikującą jak spławik, grubaśną szczytówką. Nastała martwa cisza, nikt nie wiedział co robić, śmiać się czy płakać i tylko kolega sum stał ze spuszczoną głową w zadumie, tak jakby nad świeżo zakopaną mogiłą. Trudno powiedzieć ile trwała ta chwila, pogrążonych w smutku, jednak nikt się nawet nie uśmiechnął, pewnie co niektórzy nawet pomyśleli, że oto niefartowny wędkarz stracił rybę życia i powiem wam że pewnie i mi taka myśl przeszła przez głowę, szkoda. 
 

 

Tu właściwie mogłaby się skończyć ta dość dziwaczna, choć może i trochę smutna historia i właściwie chyba nikt by jej długo nie pamiętał, żeby nie kolega, który jako pierwszy z prawej strony miał okazje siedzieć przy koledze sumie. Jego szczytówka dziwnie się wygięła, więc dla pewności lekko podciął i dopiero zaczął się taniec z gwiazdami, na końcu zestawu coś rzeczywiście walczyło o przetrwanie, z późniejszych relacji wynikało że walka ryby nie przypominała żadnego z holi jakich ów wędkarz miał okazje w życiu przeżyć. Wyglądało to jakby ciągnął większy konar, tylko że od czasu, do czasu na szczytówce widać było wyraźne puknięcia, co z kolei świadczyło o walce z rybą. Miał lekki zestaw więc chwila napięcia trochę trwała, w pogotowiu był już największy podbierak, gromada kibiców udzielała fachowych rad i nie ważne że jedna wykluczała drugą, ważne że każdy się starał. Po ogromnych zmaganiach pierwsze co ukazało się zgromadzonej gawiedzi to był ułamany przed chwilą kawałek wędki pechowca, wisiała na nim plecionka i dopiero ona po zwinięciu ujawniła wielką tajemnice walecznego potwora.
 

 

Na końcu grubego sznura i jeszcze grubszego przyponu dyndał się majestatycznie sporych rozmiarów rozpiór, któremu z pyska wystawały, wypłukane już z krwi strzępy wątróbki, teraz już nikt nie tłumił śmiechu, posikanych spodni było wiele, jednak chichot dopiero był przed nami. Kiedy właściciel życiowego brania otrzymał swój kawałek wędki z tym wszystkim co się na nim znajdowało, czyli również z rybą, spojrzał na mnie smutnym wzrokiem i z największą powagą powiedział: "a mówiłeś że na wątróbkę biorą sumy, kłamałeś?" Teraz już chichot paraliżował wszystkich, nawet tych, którzy nie widzieli naocznie zajścia, ale zdążyli się już dowiedzieć, do dziś nie wiem co odpowiedziałem koledze, czy w ogóle odpowiedziałem, kiedy się otrząsnąłem, usłyszałem tylko głośne trzaśnięcie drzwi od samochodu i po chwili kolega sum pognał jak szalony, zostawiając za sobą smugę dymu.
 

 

Tu można zakończyć tą przygodę, dodam tylko że kolega sum po krótkiej przerwie nadal pokazywał się na łowisku, pewnie nie z przekonania a z konieczności nabył nową wędkę i tym razem taką jak należy, a co najważniejsze nikt później już się z niego nie nabijał, nawet nie miał powodu, ponieważ, no może nie stał się mistrzem, ale coraz częściej odnosił sukcesy.

 

Pewnie dobrze że połamała mu się ta stara wędka, a już na pewno dobrze że zapomniał o wątróbce...

 

 

     jurcys (Juerk Borus)

 

Tematy do dyskusji: MÓJ KOLEGA SUM

Nie znaleziono żadnych komentarzy.

Wyszukiwanie

Kontakty

Jurek Borus

           

nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką
Pogoda Szczecin z serwisu
www.wedkarstwotv.pl
tekst alternatywny


       

nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką
nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką
nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką