Cierpliwość popłaca

Cierpliwość popłaca

 

Był kolejny pochmurny dzień czerwca. Na niebie wisiały ciemne chmury i zanosiło się na ulewę. Pogoda taka utrzymywała się już od kilku dni i gdyby nie porywiste, silne wiatry to byłaby wymarzona na poszukiwanie mętnookiego. Często bywałem nad wodą w deszcz, nie przeszkadzał mi wiatr wiejący w jednym kierunku. Jednak ten wiejący od kilku dni nie da się określić. Wędkarze powiadają że wieje w kółko i mają racje. Obojętnie jakby się ustawił to jest źle, prowadzenie przynęty na sflaczałej plecionce staje się niemożliwe.

 

 





Jak na razie marnie wyglądają osiągnięcia tegorocznego sezonu. Nie powiem że jest to totalna klapa, jednak z sezonu na sezon jest gorzej. W ubiegłym roku nie było za różowo, jednak do tej pory miałem na koncie bagatela, tylko trzykrotnie więcej sandaczy. Obserwuje łowiących białą rybę i można im tylko współczuć. Duże leszcze pojawiły się na chwilę w maju i tak szybko jak się pojawiły, tak szybko zniknęły. W pogoni za okoniem łowiłem szczupaki, a szukając w maju szczupaka trafiały się całkiem niezłe sandacze. Kiedy w czerwcu można już było łowić legalnie sandacza, ten wraz z leszczem wywędrował z łowiska. Ciekawostką jest również fakt że od kilku lat najczęściej łowionym rozmiarem jest przedział 30 do 40 cm. Teoretycznie co roku w danym łowisku oprócz nowego narybku powinny się trafiać takie leciutko przekraczające 50 cm i więcej. Jednak tych jest jak na lekarstwo. Ktoś powie że może to specyfika danego łowiska i te większe tam nie żerują. Jednak jak się to ma do wielu łowisk odwiedzanych przez wielu wędkarzy? Jak się to ma nie tylko do Szczecina? Podobne zjawisko można zaobserwować w całym kraju. Sandacze w okolicach 3 kg i większe są tak sporadyczne że można by pomyśleć że ten rodzaj ryby po prostu skarłowaciał. Jenak prawda jest o wiele bardziej przyziemna i nazywa się zanieczyszczeniem wody, a przede wszystkim ma na imię "RYBACY"

 

 

 


Jednak nie o problemach miałem pisać a o wyprawie. Bo przecież ile można czekać na sprzyjające warunki.? Może ktoś potrafi, mi brakuje cierpliwości i niemożność porzucania gumami wprawia mnie w zły nastrój.



Mniej więcej o siódmej rano zacząłem swoją wędrówkę za mętnookim. Jak już wspominałem pogoda pod psem, wiatr hasa po łowisku, drzewa zachowują się jak na karuzeli i wędkarzy jak na tą porę roku jakoś mało. Nic dziwnego bo przecież nawet kaczki z tegorocznym potomstwem nie ryzykują pływania i siedzą gdzieś bezpiecznie w szuwarach. Niema również mojej koleżanki, siwej czapli, która często rechocze z moich wyczynów. Oczywiście stojąc na jednej nodze, bezpiecznie po drugiej stronie kanału.



Cienko to widzę, powiedziałem szeptem do siebie i zaraz sam sobie pogroziłem palcem! Co ty gościu, jeszcze nawet nie rozłożyłeś spinningu a już narzekasz jak baba? Może nawet po takich myślach troszeczkę się zawstydziłem, jednak z pewnością mi to pomogło. Już bez mazgajstwa rozkładając spinning obmyślałem taktykę i w myślach dobierałem kolory gum. Nawet rozłożyłem podbierak, jak przystało na prawdziwego wędkarza, choć nie wierzyłem że może się przydać. Ktoś z daleka do mnie pomachał i nie wyglądało to na radosne powitanie. Raczej był to gest zdziwienia i jasny komunikat że w wodzie totalna lipa. Rozłożone bezradnie ręce i energiczne machnięcie, przy jednoczesnym składaniu wędki, nie wróżyło nic dobrego.

 

 




No co jak co, jednak raczej nikt i ja sam nie mogę sobie zarzucić że jestem płochliwy i szybko się zrażam. Po takim powitaniu pomyślałem tylko że więcej miejsca, możliwości i ryb dla mnie. Z większą werwą machnąłem kijek i pierwsze kopytko wylądowało w wodzie. Kurcze plecionka zatoczyła większy łuk od tego zwanego triumfalnym i szanse na 100% kontrole nad przynętą wyglądały marnie. Eee tam nie jest źle, próbowałem okłamać samego siebie. Opuściłem nisko spinnig i korzystając z przerw jakie czasami miały miejsce między jednym a drugim podmuchem szło łowić.



Kolejne rzuty przez godzinę nie przynosiły żadnych efektów, najmniejszych szans a kontakt z jakąkolwiek chętną do współpracy rybą. Nie pomagały częste zmiany kolorów, gramatura główek też nie przynosiła oczekiwanych efektów. Po prostu ryby miały mnie gdzieś i nic na to nie mogłem poradzić. Oj Jurek ty to zawsze coś wymyślisz. Źle ci było w cieplutkim domku, przed telewizorkiem z filiżanką kawy ? Zachciało ci się sandaczy... Połajałem siebie w duchu i jakoś mi ulżyło. Dobrze że nie groziłem sobie palcem, bo ktoś z boku mógłby pomyśleć że niedobrze ze mną.



Czas mijał nieubłaganie a ja wciąż czekałem na swoje kilka minut szczęścia. Ci co uganiają się za sandaczem doskonale wiedzą o jakich minutach piszę. To waśnie dla nich machamy godzinami i kiedy się zdarzy że na nie trafimy, wszystkie trudy idą w niepamięć i nie mają znaczenia.

 

 




Zbliżała się godzina 10 i pogoda nagle zmieniła się o 180 stopni. Wiatr ucichł, pokazało się cieplutkie słoneczko i woda zmieniła kolor. Tafla powoli zaczęła się wygładzać i po krótkim czasie przypominała już lustro. Tak często nad wodą bywa, jednak mimo to do tej pory nie miałem żadnego konkretnego podbicia. No cóż, nie zrażając się dotychczasowym niepowodzeniem, nadal zmieniałem kolorystykę gum i obrzucałem kolejne dołki, tuż za starą, znajdującą się blisko brzegu burtą. Nagle konkretne zatrzymanie i zacięcie w tępo. Pierwszy nie zadurzy okaz sandacza nie miał najmniejszych szans i szybciutko ląduje na brzegu. Szybka fotka, buziak i do mamy. Już cieplej, już milej i to właśnie dlatego jestem wędkarzem. Nie upłynęło kolejne 15 min i mam następne uderzenie. Tym razem koleś sandacz też mizernych wymiarów, ale zawsze następna zapisana dla potomnych sztuka. Łatwiej mi później porównywać kolejne sezony, a że na podstawie tych porównań stwierdzam że każdy sezon jest gorszy, to inna sprawa.

 

 




Miałem swoje piętnaście minut, pomyślałem że czas się zwijać i dać innym szansę, chociaż tych innych jakoś nie było widać. Postanowiłem, ponieważ łowiłem blisko brzegu, wykonać jeszcze kilka rzutów pod drugi brzeg. Może jakiś sumik puknie bo w kanale maluszków pływa multum i często podgryzają gumy. Wędkarze robakowcy mają często z nimi do czynienia i niestety nie wszyscy traktują je przyjaźnie... Piąty czy szósty daleki rzut i nagle wyczuwam delikatne pstryknięcie. Na wszelki wypadek podcinam i czuje na kiju coś próbującego płynąc w przeciwnym kierunku do zwijanej plecionki. Z waleczności nic szczególnego i pomyślałem że to rzeczywiście mały sumik. Jednak czym bliżej brzegu tym moja wiara że jest to sumik stawała się mniejsza. Nie walczył tak jak na malucha z jego gatunku przystało i szybko okazało się że to pan, nawet nie malutki okoń zaszczycił mnie swoją obecnością.

 

 




Też milutko, pomyślałem robiąc w przeciągu kilkunastu minut trzecie zdjęcie. Całkiem niezły ubaw jak na takie warunki i przypomniał mi się powitalny gest znajomego. Uśmiechnąłem się do siebie i pomyślałem: szkoda że nie mogę zobaczyć miny kolegi, który wystraszył się panujących warunków i uciekł w ciepłe bambosze. Nigdy nie wiadomo jaką niespodziankę sprezentuje nam woda i pewnie dlatego nigdy nie warto przedwcześnie rezygnować. Miło być pozytywnie zaskoczonym i wspominając czekać na kolejną przygodę. Mam zawsze nadzieje że przynajmniej nie gorszą.



Pozdrawiam, połamania!




                                     jurcys (Jurek Borus)

Temat: Cierpliwość popłaca

Nie znaleziono żadnych komentarzy.

Wyszukiwanie

Kontakty

Jurek Borus

           

nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką
Pogoda Szczecin z serwisu
www.wedkarstwotv.pl
tekst alternatywny


       

nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką
nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką
nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką