NIESPODZIANKA !!!

NIESPODZIANKA !!!

Wynurzyła się z wody jej potężna głowa, po czym ta głowa zakręciła z powrotem w wodę i nad lustrem jeziora przez może kilka sekund przewaliło się jej ogromne cielsko. Coś takiego widziałem jak dotąd tylko w filmach. Ale to nie był film! Miałem okazję przeżywać to osobiście! Tego uczucia się nie da opisać, a to zjawisko, ten cudowny spław suma zapamiętam na bardzo długo, być może do końca życia.

Wybraliśmy się we trójkę, moim samochodem nad jezioro Rokity koło Pyrzyc. Tam mój znajomy miał łódkę. Przewieźliśmy ją na dachu Nissana nad jezioro. Pierwszy na łódkę wsiadł mój znajomy i jeszcze jakiś człowiek, którego nie znam. Popłynęli na godzinkę i wrócili. Nadeszła nasza kolej. Jarek ze starym ruskim spinningiem i jednym z pierwszych na świecie kołowrotków szpulowych usiadł za wiosłami. Ja wziąłem mały składany podbierak i swoją wędkę, którą wcześniej próbowałem łowić karpie, czyli JAXON FUTURA PRO CARP II 360 długości 3,60 m z kołowrotkiem SHIMANO XT-7 MERO GTM 3010. Wypłynęliśmy na jezioro i Jarek zaczął wiosłować wzdłuż brzegów. Podpływaliśmy do kładek i przywiązywaliśmy do nich łódkę sznurkiem. W tym czasie obaj pruliśmy wodę blachami i kopytami i czym tam jeszcze popadło. Było całkiem przyjemnie. Taka wycieczka łodzią dobrze mi zrobiła, byłem w pełni zadowolony. Szkoda tylko, że żaden szczupak nie połakomił się na nasze przynęty. W końcu nam się znudziło. Nic się nie działo byliśmy zadowoleni, bo było całkiem fajnie, ale i rozczarowani, bo nic nie złowiliśmy. Po jakimś czasie wpadliśmy na pomysł, aby dla zabawy i orientacji sprawdzić jakie jest głębokie jest to małe jeziorko. Zaczęliśmy opuszczać nasze zestawy na dno. Długo, bardzo długo musiałem czekać, zanim moja uzbrojona w blachę żyłka, przestała się wysnuwać z kołowrotka. Po kilku takich opustach byliśmy przekonani, że jeziorko ma około 14 metrów głębokości. Naraz Jarek podciągając przynętę z dna do góry, zrobił zdziwioną minę.

- Coś mam - powiedział, a jego spinning wygiął się bardzo mocno.

- Jak masz to wyjmuj - odparłem zazdroszcząc mu szczęścia i dalej z jeszcze większą pasją zacząłem rzucać swoim kopytem.

- Chyba zaczep - Jarka wędka, gdy ją unosił wyginała się, gdy opuszczał prostowała. Typowy zaczep, tylko, o co? Ma chłopak pecha - pomyślałem.

- To spróbuj się jakoś odczepić, może poszarp trochę, tylko nie złam wędki - poradziłem lekko się w duchu śmiejąc.

Jarek mniej więcej w tym momencie zrozumiał jednak, że to nie zaczep, lecz ryba!

- Mam chyba coś dużego! Nie mogę go wyciągnąć! - Pompował wędką z całych sił z miną, jaką dziecko odbiera swoją zabawkę, gdy mu ją ktoś zabierze.

Po jakimś czasie i ja uwierzyłem, że to nie zaczep. W pewnym momencie wędka Jarka zaczęła się już sama wyginać, a on tylko kontrował rybę. Nagle szczytówka wędki zanurzyła się w wodę. Jarek trzymał ją w rękach tak mocno jakby dzierżył, przed chwilą odnaleziony, zaginiony skarb Templariuszy. Nikt i nic, żadna siła na Ziemi nie była w stanie mu jej teraz wyrwać. Po kilku minutach takiego siłowania nasza łódka zaczęła płynąć! Byliśmy obaj w niebo wzięci! Płyniemy!!! Wyjąłem wiosła z wody. Trzymając je i wędkę, siedziałem i czekałem, na to, co się stanie. Byłem ciekawy, co tam na głębokości kilkunastu metrów ma tak ogromną siłę, że ciągnie naszą łódkę? Nie raz byłem świadkiem opowiadań starych wędkarzy, o tym jak ogromna ryba ciągała ich po jeziorze. Kiedyś opowiadał mi właściciel ośrodka wypoczynkowego nad Wądołem w Lipianach, o tym jak śmiał się z wędkarza, który bezradnie wzywał pomocy holowany przez ogromną tołpygę. Czas mijał, a nasza ryba trzymała się dna, ciągała naszą łódkę i nie miała zamiaru, wypłynąć na powierzchnię. W końcu jednak Jarek zaczął w tym pojedynku przeważać. Podciągnął rybę kilka metrów do góry, potem jeszcze trochę do góry. Na przedzie łódki woda się zakotłowała jakby wielki bąbel powietrza uwolnił się gdzieś z głębin jeziora. W tym samym czasie zakotłowała się woda z tyłu łódki. Przestraszyłem się, skuliłem na ile mogłem, i o ile mogłem „jeszcze bardziej usiadłem", patrzyłem przerażony i dumny. Jarek w tym czasie walczył z nieznanym potworem, który nadal się nie pokazywał. Raz był z lewej strony łódki, raz z prawej, to znowu na dziobie. W pewnym momencie ( był to najbardziej dramatyczny moment tej przygody), ryba zaczęła ciągnąć w dół. Jarka wędzisko wygięło się, po czym zanurzyło w wodzie po sam kołowrotek, który trzeszczał, jakby miał się zaraz rozlecieć na drobne kawałeczki. Łódka przechyliła się niebezpiecznie, a Jarek wychylony przez burtę, siłował się z rybą, chcąc odebrać jej sprzęt. Myślałem, że zaraz wpadnie do wody, bo ręce miał już pod powierzchnią. Na szczęście ryba sięgnęła dna i uspokoiła się. Jarek za żadne skarby nie mógł jej podciągnąć do góry. Siedziała na dnie i już!

- Daj mi przez chwilę z nią powalczyć, parę minut, zaraz ci oddam wędkę, chcę tylko zobaczyć, jak to jest mieć taką rybę na wędce, jeszcze nigdy nie miałem takiej ryby - mniej więcej taki potok błagalnych słów wyrwał się wtedy z moich ust.

Dziś bym takich słów nigdy nie wypowiedział, wtedy jednak wyrwały mi się, bo moja ciekawość była tak ogromna, że powiedziałem coś, czego dziś się wstydzę. To nie była moja ryba i nie moja w związku z tym satysfakcja. Ale tak to w życiu jest, że popełniamy błędy, których się później wstydzimy. Na szczęście mylimy się w swych poczynaniach wszyscy, dlatego tamto zdarzenie i moje zachowanie traktuje jako lekcję i w przyszłości postaram się nie popełniać takich błędów. Z jakiego powodu dziś tak krytycznie podchodzę do swojego zachowania? Bo gdybym trzymał wędkę, z której zerwałby się Jarka sum, to miałbym wyrzuty sumienia, że spaprałem koledze rybę życia. Jarek wtedy popatrzył na mnie, a że był już nieźle umęczony zgodził się. W chwili, gdy podawał mi wędkę poluzował nieco rybie, a ta jak nie szarpnie! Usiadł, więc natychmiast „jeszcze bardziej", niż siedział, i nasza łódź zamieniła się na powrót w dyliżans ciągniony końmi. Tylko tych koni nie było widać! Znowu mieliśmy darmową przejażdżkę. Teraz jednak było dużo spokojniej i dużo, dużo dłużej. Nie wiedzieliśmy, co robić. Wpadłem na pomysł, że skontruję rybę wiosłami i dopłynę na płyciznę. Jarek się zgodził, zresztą nie miał też żadnego innego pomysłu. Podpłynęliśmy bliżej brzegu. Ryba była już tak umęczona, że nie robiła niespodzianek. Dawała się holować łódką. Postanowiliśmy schwytać ją podbierakiem. Uznaliśmy, że podbierak, który mamy na łódce jest za mały. Krzyknęliśmy w stronę brzegu, aby chłopaki podali nam z kładki mój karpiowy podbierak. Podpłynęliśmy łódką na taką odległość, że było to możliwe. Nasi kompani obserwujący z brzegu całą akcje, szybko zareagowali i już za chwilę byłem uzbrojony w podbierak o szerokości 60 cm z długim na prawie 3 m trzonkiem. Po paru próbach podciągnięcia ryby pod burtę, w odległości jakichś pięciu metrów od łódki ryba zrobiła pierwszy i ostatni spław. Wynurzyła się z wody jej potężna głowa, po czym ta głowa zakręciła z powrotem w wodę i nad lustrem jeziora przez może kilka sekund przewaliło się jej ogromne cielsko. Coś takiego widziałem jak dotąd tylko w filmach. Ale to nie był film! Miałem okazję przeżywać to osobiście! Tego uczucia się nie da opisać, a to zjawisko, ten cudowny spław suma zapamiętam na bardzo długo, być może do końca życia.

Popatrzyliśmy na nasz podbierak i... Właściwie nie wiedzieliśmy, do czego może się on przydać. Co robić.? W rękach miałem wędkę, podbierak i dwa wiosła. Jak ja to wszystko trzymałem? Tego nie pamiętam. Jarek trzymał tylko jedną wędkę. Na końcu tej wędki pływał sobie sum. Pływał i tyle. Na płyciznę! Przyszło nam chyba obu do głowy. Jeszcze, bliżej brzegu! No to jazda! Dopłynęliśmy z powrotem w pobliże kładki, na której stali koledzy. Jarek przez cały czas walczył z sumem, a ja próbowałem to z lewej, to z prawej strony łódki namierzyć rybę i wsadzić ją w podbierak. Jednak ona cały czas pływała pod łódką i nie pokazywała się. Nagle, zupełnie nagle Jarek wyciągnął ją pod burtę łódki. Gdy ją zobaczyłem przestraszyłem się po raz drugi tego dnia. Tuż przy łódce opierając się o jej lewą burtę, wystawała z wody potężna głowa ( większa od mojej!) z rozdziawioną paszczą! Spojrzałem w oko tej wąsatej ryby i próbowałem sięgnąć jej skrzeli, żeby ją za coś złapać. Dotknąłem jej głowy i ręką zjeżdżałem coraz niżej, niżej i niżej. Nie sięgnąłem skrzeli, nie napotkałem nic, za co mógłbym ją chwycić. Nagle żyłka oparła się o luźno pozostawione wiosło i... koniec. Nie ma suma... Cisza... Siedzimy na łódce i nic się nie dzieje, to wszystko. To wszystko!? Jak to tak, przecież przed chwilą dotykałem głowy ogromnego suma? Za chwile miał być na łódce, a on sobie odpłynął? Po prostu odpłynął. Zniknął, nie ma go!

No nie zupełnie zniknął. Nadal tam jest... W tym małym jeziorku. I właściwie bardzo dobrze. Myślę, że Jarek jest tego samego zdania. Niech sobie ten sum pływa i żyje. Za to, co dla mnie zrobił ten jeden sum w maju 2003 roku, dziś bez zawahania darowałbym mu życie. A cóż on takiego zrobił? Uświadomił mi, że taaakie ryby naprawdę istnieją i że można je łowić na wędkę, tylko oprócz wędek trzeba jeszcze użyć do tego głowy!

Gdybyśmy wtedy zamiast próbować wsadzać rybę w trzy razy od niej mniejszy podbierak, doholowali ją do plaży, byłaby nasza. I co z tego? Z dumy pewnie uznalibyśmy się za Bóg wie, jakich wędkarzy i na tym by się skończyło. A tak przygoda trwa dalej.

 

 




I pomyśleć, że to wszystko wydażyło się na tak małym skrawku wody...

 

      

           "marfish" (Marek Malman)




 

Wyszukiwanie

Kontakty

Jurek Borus

           

nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką
Pogoda Szczecin z serwisu
www.wedkarstwotv.pl
tekst alternatywny


       

nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką
nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką
nazwa która pojawi się w chmurce po najechaniu myszką